Mus z białej czekolady z malinami

Wróciłam dziś do domu… zmarznięta. Nie czułam stóp i twarzy, więc na rozgrzewkę zafundowałam sobie… mycie garów;-/ Od razu zrobiło mi się cieplej. Potem uraczyłam się pyszną kawą z pianką, a do tego niebiańsko-pysznym deserem. Mus z białej czekolady. Z malinami. Zmajstrowałam go wczoraj, ale dziś był o wiele lepszy, ponieważ całą noc stał w lodówce. I już nie był taki słodki jak wcześniej. Był idealny. Jak dla mnie. Bo Tomek coś tam marudzi, że mu za słodko. (Bo on to by tylko drożdżowe ciasta wpierniczał;p)

Także rozpoczęłam wspaniałe, leniwe popołudnie. Z kawą i musem….

Tego typu mus robiłam po raz pierwszy. Naszła mnie ochota na taki deser parę dni temu. Ale kiedy tylko go zobaczyłam na zdjęciu, wiedziałam, że muszę go natychmiast zrobić.  Wyczaiłam go w książce Nigelli „Lato w kuchni przez okrągły rok”. No i również tym razem Nigella nie zawiodła. Za oknem siarczysty mróz, a tu taka rozkosz dla podniebienia…

W oryginalnym przepisie były jeszcze owoce marakui, no ale cóż…

 

Składniki na 4 desery:

  • 3 białe czekolady po 100g
  • 6 jajek (tych z górnej półki, bo będziemy jaja wciągać na surowo)
  • łyżka masła (to już mój wymysł:-)
  • (roz-)mrożone maliny (niestety nie podam ich dokładnej wagi, bo wypierniczyłam pudełko i nie spisałam ile ich było;p ale tak na oko, to wychodzi po 3 łyżki na deser)
  • ciut soli

 

Nigella  rozpuściła czekoladę w mikrofali (phi;p) a ja rozpuściłam swoją w kąpieli wodnej z odrobiną masła i wody. Co jakiś czas mieszałam czekoladę, nawet po odstawieniu do ostygnięcia.

Kiedy już czekolada wystygła, zabrałam się za jaja.

Białka z solą ubiłam na sztywną pianę, a żółtka zmiksowałam z czekoladą. Następnie do czekolady dodałam białka i całość znów zmiksowałam (na mega prędkości, żeby wbić jak najwięcej powietrza).

Na dno szklanek położyłam maliny i przykryłam je puchową kołderką (hihi), przykryłam folią aluminiową i wstawiłam do lodóki na całą noc.

Ot, filozofia…

 

Kasia